Dzień bez filmu dniem straconym...
Blog > Komentarze do wpisu

2046

W oczekiwaniu na "My Blueberry Nights" (mam nadzieję, że się pojawi na ENH, w końcu to gutkowy reżyser) zabrałam się za wcześniejszy film Wong Kar Waia. "2046" początkowo mnie trochę rozczarowało. Czytając lata temu rencezję w "Filmie", zakodowałam sobie, że akcja tego filmu dzieje się w przyszłości, w rzeczonym roku 2046. Co zresztą częściowo okazało się być prawdą.

Hongkong, lata sześćdziesiąte. Chow Mo Wan ( Tony Leung Chiu Wai) to dziennikarz, próbujący również sił jako pisarz powieści sf. Sceny z życia Chow przeplatają się z wizualizacjami jego opowiadań, które nie są wolne od wątków autobiograficznych (czy raczej są alternatywnymi wersjami jego nieudanych związków z kobietami). A kobiet Chow ma sporo, zresztą, cała plejada gwiazd się tu przewija - Ziyi Zhang, Gong Li, Faye Wong. Chow nie może zapomnieć o swojej największej miłości ("Spragnieni miłości" się kłaniają) i jedyne, na co go stać, to przelotne romanse. Co za tym idzie, zranione, zawiedzione kolejne kobiety.

Czego jestem zawsze pewna, że znajdę, sięgając po filmy Kar Waia, to niesamowity klimat, który zawsze w nich panuje i piękne, ciepłe zdjęcia. W "2046" fabuła ciągnie się leniwie, by móc się delektować spotkaniami bohaterów, rozmowami, przeżyciami. Może mu daleko do "Spragnionych miłości" czy "Chungking Express", ale znajdziemy w nim to, czego czasami potrzebujemy, odrobinę wyciszenia, przystopowania, wzruszenia. Kino bez brutalności i wulgaryzmów, głupawych żartów to to, czego mi brakuje, przeglądając co tydzień program telewizyjny.

 Tony Leung Chiu Wai

 Ziyi Zhang

 Faye Wong

sobota, 31 maja 2008, prolka

Polecane wpisy

  • Sillunu Oru Kaadhal

    Oglądam teraz filmy, których tytułów nie umiem powtórzyć. SOK więc jak najbardziej do nich pasował (swoją drogą, pora przełamać lenistwo i nauczyć się tych kilk

  • Nuvvostanante Nenoddantana

    Chciałoby się rzec, "Żona dla zuchwałych" w wersji tollywoodzkiej. Do zdobycia jest młodziutka Siri (Trisha), sierota, wychowana od małego przez brat

  • Infernal Affairs: Piekielna gra

    Pierwszą część "Infernal Affairs" obejrzałam kilka dni temu i wciąż pluję sobie w brodę, że tak długo z tym zwlekałam (wszak dostałam trylogię w lipcu

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2008/05/31 18:44:10
Jedyny film Kar-Waia jaki widziałam to "My blueberry nights"-ma swoisty klimat i właściwości kojące. Ciekawa jestem jak go odbierzesz.
Niestety mam odrzut na skośne kino. Jak pomyślę, że mam obejrzeć film chiński, japoński czy koreański to coś się we mnie wzbiera. To chyba zasługa znużenia estetyką baśniowo-antygrawitacyjną, która staje się zbyt dekoracyjna i przekombinowana.A uraz przeniósł się na wszystkie skośne filmy. Przeczekam, nic na siłę...

O tym filmie kiedyś opowiadała mi znajoma, że to jeden z najbardziej pokręconych jakie widziała. Dodam, że to miłośniczka Lyncha a "Inland empire" widziała kilka razy.

Ciekawi mnie co to za nowe hobby. Pisz kiedy Cię ochota najdzie bo mnie samej się często odechciewa pisania...tak to słoneczko działa:).
-
2008/05/31 20:58:43
Co prawda nie widziałam jeszcze najnowszego filmu Wong Kar Waia, ale zapewne nie ma tam zapierających dech walk i baśniowego klimatu, czyli jestem jak najbardziej za:) Ja sama poprzestałam na kilku tytułach typu "Przyczajony tygrys..." czy "Hero" i na razie mi wystarczy. Azjatyckie filmy lubię, ale staram się nie przesadzać. Mam teraz nawet przerwę od Indii, ale już w przyszłym tygodniu planuję powrócić "do korzeni".
Dla mnie ten film taki dziwaczny nie był, co ciekawe, bo właśnie filmy Lyncha zawsze za takie uważałam. Jak sobie przypomnę "Mullholand Drive" to "2046" jest dla mnie w porządku:)