Dzień bez filmu dniem straconym...

Festiwale

piątek, 15 sierpnia 2008

Ponad tydzień bez Internetu był dla mnie ciężką próbą. Okazało się jednak, że nagle mam dużo czasu na czytanie i inne przyjemne czynności :) Ale koniec tego dobrego, obowiązki wzywają. Pora opisać jeszcze kilka ciekawych filmów.

Jak wspomniałam w poprzedniej notce, tego roku wybierałam filmy we Wrocławiu chyba zbyt rozsądnie, bo trafiałam zazwyczaj na filmy dobre i bardzo dobre. Niewiele rzeczy mnie zachwyciło czy przeciwnie, zbulwersowało, a przecież chyba o to chodziło na Nowych Horyzontach, żeby eksperymentować, żeby filmy wywoływały skrajne emocje i dyskusje. Najbardziej przejął mnie i poruszył film na zamknięcie, czyli najnowszy tytuł braci Dardenne - "Milczenie Lorny". Proste, surowe wręcz kino, z oszczędnymi dialogami porusza kwestię czy w dzisiejszych czasach za pieniądze można zrobić wszystko. Lorna, albańska emigrantka, zyskuje belgijskie obywatelstwo poprzez fikcyjne małżeństwo. W kolejce po obywatelstwo czeka rosyjski mafiozo, Lorna musi zdecydować w jaki sposób przyśpieszyć swój rozwód. A może pozwolić na to, by jej wspólnicy wykończyli jej męża? Przecież nikt nie zwróci uwagę na kolejną śmierć ćpuna. Czy Lornie uda się zachować człowieczeństwo? 

Milczenie Lorny

Z wielką przyjemnością wybierałam się na przegląd kina nowozelandzkiego. Tamtejsze krajobrazy są nam znane choćby z trylogii o Władcy Pierścieni, kilka nazwisk reżyserów przebiło się do naszej świadomości, gdy rozpoczęli kręcić filmy w Hollywood (Peter Jackson, Jane Campion, Vincent Ward) i to wszystko, co o tej kinematografii wiedziałam. Okazało się, że to niewielkie państwo (4 mln mieszkańców), gdzie na poważnie powstają filmy dopiero od 30 lat, może poszczycić się znakomitymi tytułami, z odmiennym i jakże interesującym spojrzeniem na świat.

Oto moja złota czwórka (kolejność chronologiczna):

"Uciekinier" z 1964 roku to typowe kino drogi w klimatach Antonionego. Młody chłopak porzuca dobrą pracę, dziewczynę, rodzinę i wyrusza w kierunku buszu. Nowe sytuacje, nowi ludzie, kolejne kradzieże i ucieczki. Świetne.

Uciekinier

"Niezwykła energia" - najbardziej hipnotyzująca z całej czwórki historia chińskich emigrantów, poszukujących w XIX-wiecznej Nowej Zelandii złota, będąca równocześnie studium rasizmu i przemocy. Genialne zdjęcia i muzyka, oszczędna gra aktorska. Tragedia wisi na włosku.

Niezwykła energia

"Cena mleka" to przesympatyczna komedia utrzymana w konwencji realizmu magicznego. Lucinda jest zazdrosna o 117 krów, którymi jej chłopak zajmuje się bardziej, niż nią. Postanawia więc wymienić je za kołdrę, którą skradła jej stara Maoryska otoczona wianuszkiem rosłych wnuków. Nie zabrakło sari i tupotu małych bucików:)

Cena mleka

"Całkiem obcy" - randka z nieznajomym kończy się na odciętej od świata bezludnej wyspie. Kiwi gothic, świetne połączenie thrilleru, dramatu psychologicznego i romansu. Oczywiście znów piękne pejzaże i wspaniała gra Rachael Blake i Sama Neila.

Całkiem obcy

czwartek, 31 lipca 2008

W poniedziałek wieczorem wróciłam z Wrocławia. Zdążyłam przejrzeć jakieś 240 zaległych postów na blogach, obejrzeć długi bollywood, wybrać się do kina, wypożyczyć 4 filmy w wypożyczalni wideo, uporządkować moją kolekcję filmów (jednym słowem, szybko wróciłam do normalnego rytmu), a swoim blogu zapomniałam. Teraz mam nóż na karku, gdyż przez najbliższe dni mogę nie mieć Internetu. Śpieszę więc donieść, że festiwal Era Nowe Horyzonty był w tym roku udany i już zaczynam planować wyjazd na następną edycję. Wrocław jest przepiękny, miałyśmy okazję go dobrze zwiedzić, szczególnie zachwycił nas Ostrów Tumski. Rada dla uczestników festiwalu - przyjeżdżać dzień wcześniej, by obejrzeć miasto, poszukać krasnali :), bo z własnego doświadczenia wiem, że gdy rozpoczną się projekcje, ciężko będzie się gdzieś wyrwać, jak już się zrezygnuje z seansu to na rzecz snu.

Rynek 

Wyspa 

Starałam się wybierać filmy rozsądnie, też by na żadnym nocnym seansie nie zasnąć i tylko 3 filmy (z 44) mi się nie podobały, w tym wygrany konkursowy "Deszcz dzieci" Vincenta Warda o starej Maorysce Puhi. Nie przekonało mnie powracanie do przeszłości po tylu latach (ach, te retrospekcje) i uznanie za pewnik, że to, co nam przedstawia Ward jest prawdą, a nie tylko jego domysłami, przecież wręcz sugerował odpowiedzi, przeprowadzając wywiady z osobami ją znającymi. 

Moim zwycięzcą konkursu Nowe Horyzonty było "Moje Winnipeg" i już się cieszę na przyszłoroczną retrospektywę Guy'a Maddina. Jego najnowsze dzieło to "doku-fantazja" o rodzinnym mieście, będącą uroczą mieszanką nostalgii, czarnego humoru, groteski, surrealizmu, Freudowskich podtekstów, utrzymana w czarno-białej stylistyce starych filmów. Jednym słowem, ja chcę więcej Maddina!

Moje Winnipeg 

W podobnej konwencji był "Dr Plonk", nakręcony na przeterminowanej czarno-białej taśmie współczesny film niemy. Bez głębszych kontekstów, ale nie pozbawiony komentarza do dzisiejszych czasów (wszyscy jesteśmy uzależnieni od telewizji). Czysta rozrywka, nawiązująca do slapstickowych komedii z czasów Charliego Chaplina i Bustera Keatona. Otóż pewien naukowiec za pomocą skomplikowanych działań wylicza, że w 2008 roku nastąpi koniec świata. Akcja toczy się w 1907 roku, więc by zebrać dowodym doktor Plonk konstruuje wechikuł czasu. Pyszna zabawa, ach, w obu filmach występują przeurocze pieski, o czym nie mogłam nie wspomnieć!

Dr Plonk 

Dzięki retrospektywie Terence'a Daviesa i Theo Angelopoulosa i sekcji Carte Blanche (reżyserzy przedstawiali swpje ulubione filmy) miałam okazję obejrzeć kilka "prawdziwych" czarno-białych filmów z klasyki. Absolutne perełki to "Słowo" Dreyera

Słowo 

i "Szlachectwo zobowiazuje" Hamera.

Szlachectwo zobowiązuje 

 
1 , 2